Warsztaty kulinarne Knorr

Warsztaty kulinarne Knorr

Jak ja nie cierpię Warszawy. No może bez przesady, ale miłością nie darzymy się wzajemnie. A tutaj coś zmusiło mnie do wstania o 3 nad ranem i wyjechania z byłej do obecnej stolicy. Co? Warsztaty z Knorr o których wspominałam wam już wcześniej. Niestety pech nie opuszczał mnie od rana i zapomniałam ze sobą zabrać nie tylko książkę na podróż, ale także karty pamięci do aparatu, dlatego dziś pojawi się tylko kilka zdjęć zrobionych przez Edytę (o której później jeszcze słów kilka:)) obszerniejsza fotorelacja pojawi się, gdy dotrą do mnie pozostałe.

Mówiąc krótko bawiłam się świetnie i całokształt warsztatów bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. A właściwie nas bo do Warszawy zwiozłam ze sobą także siostrę.

A Mówiąc długo?

Przywitała nas przepiękna sala jadalna, która była połączona z kuchnią jakiej z pewnością nie spodziewalibyście się w biurowcu. Na miejscu już czekały na nas dwie przemiłe panie z Knorra oraz kucharze Piotr Murawski i Marcin Markowski , których z pewnością kojarzycie z reklam.

I w tym miejscu należy zatrzymać się na chwilę bo Piotr i Marcin to kucharze z krwi i kości, a nie podstawieni i sprytnie wylansowani przez rozgarniętego pr-owca aktorzy. To kucharze mający za sobą pracę w takich miejscach jak Hilton, Mariott czy Bristol, którzy współpracowali ze sławami w restauracjach posiadających gwiazdki Michelina. Posiadający także ogromną wiedzę kulinarną, którą chcą się dzielić. Przede wszystkim to dwóch przesympatycznych  facetów, którzy w piątkowe przed i popołudnie wpuścili nas do swojej kuchni.

Zaczęło się od przedstawiania i zapoznawania, ale już po paru anegdotkach przeszliśmy do konkretów czyli gotowania. Już na samym początku czekało na nas małe zadanie. Kuchnia podzielona na stanowiska, a na każdym z nich zestaw produktów i przepis na danie, które mamy przygotować. No i się zaczęło 12 porcji w godzinę okazało się nie być taką prostą sprawą, ale udało się, a na każdym kroku mogliśmy liczyć na pomoc i wskazówki od szefów kuchni i ich pomocników.

Mi przypadły faszerowane kozim serem i rukolą piersi z kurczaka, ale na stole pojawił się jeszcze min. sandacz w stylu azjatyckim, jagnięcina w sosie pieprzowo-miętowym, sałatka z przegrzebków, sałatka z kurczakiem, kurkami i awokado, pyszna tajska zupa z krewetkami, smażony ryz oraz trzy desery : panna cotta z malinami, tradycyjny czekoladowy brownie oraz bananowy crumble.

fot. E.S.

Tak na prawdę każdy z przepisów jest godny polecenia sam w sobie, a ja z pewnością podejmę się ich przygotowania, ale pomyślcie tylko, że wszystkie te dania pojawiły się na stole razem! Mieliśmy niesamowitą ucztę! Wyrażę chyba zdanie ogółu, pisząc, że byliśmy też z siebie niezwykle dumni, ale to co miało nam dumy przysporzyć wciąż na nas czekało. Knorr przygotował dla nas jeszcze jedno zadanie, a była nim „tajemnicza skrzynka” rodem z Master Chefa. Chociaż jak się później dowiedzieliśmy to także sztandarowe zadanie na niemal wszystkich konkursach kulinarnych.

W przygotowanej dla nas czarnej skrzynce znalazło się sporo produktów, które z pozoru nie bardzo do siebie pasowały, a część z nich była bardzo egzotyczna. Poprzeczkę podnosił fakt, że każdy z produktów musiał być użyty przynajmniej raz w naszym daniu. W skrzynce znalazły się: seler, marchewka, pietruszka, batat, burak, kapusta pak choi, owoc pasji, pierś z kaczki, bulionetka, rama do smażenia, śmietana do gotowania, chorizo, kalarepa, trawa cytrynowa i kiełki brokuła. Chociaż w tym momencie nie jestem pewna czy przypadkiem o czymś nie zapomniałam. Ponad to do dyspozycji mieliśmy jeszcze sporo produktów, które znaleźliśmy w kuchni, jednak podstawą miała być zawartość skrzynki. A na stworzenie tego cuda mieliśmy godzinę. Żeby nie było zbyt trudno zostaliśmy podzieleni na drużyny. Razem dzielnie walczyła ze mną siostra i przecudowna Edyta, o której wspominałam już wcześniej.

fot. E.S.

W takich sytuacjach adrenalina skacze mimowolnie, a pikanterii dodaje fakt, że na samym końcu dania wszystkich zespołów miały zostać ocenione przez pomagających nam kucharzy. Oto nasze małe dzieło – azjatycko-polskie fusion- z którego jestem bardzo dumna:

Mamy tutaj zamarynowana i usmażona pierś z kaczki z sosem na bazie marynaty i chorizo, paszteciki z nadzieniem, które zostało ochrzczone nadzieniem do ryby po grecku, jednak w cale tak nie smakowało, a dodatek miodu i cynamonu nadał mu zupełnie nowy smak. Po lewej widać pak-choi smażony z chili i sosem sojowym oraz salsę z kalarepy jabłka i kumkwata z dodatkiem melisy i mięty. Jednym słowem: było trochę roboty, ale opłaciło się, bo ostatecznie nasza kaczucha wygrała i każda z nas otrzymała wielkie pudło zawierający czajnik o jakim nawet nie śniłam. Z racji, że pracowałam razem z M. nasze mieszkanie wzbogaciło się aż o dwa czajniki, ale sądzę, że mama z pewnością chętnie zaopiekuje się jednym z nich.

fot. E.S.

Podsumowując nie żałuję nawet jednej sekundy spędzonej w Warszawie i pomimo ogromnego zmęczenia po powrocie to bardzo chętnie bym to powtórzyła. Nauczyłam się bardzo wielu nowych rzeczy, ale co ważniejsze poznałam wspaniałych ludzi, chcących i lubiących gotować. O zgrozo.. nie sądziłam, że to powiem, ale : DOBRZE BAWIŁAM SIĘ W WARSZAWIE I CZEKAM NA POWRÓT!



KOMENTARZE